logotype
image1 image2 image3 image4 image5 image6 image7 image8 image9 image10 image11 image12 image13

"Wrocław we wspomnieniach" - 3. wywiad

- Gdzie Pan mieszkał w czasie wojny?

- W czasie wojny mieszkałem w na ul. Klosterstrasse, czyli Klasztornej (obecnej Traugutta). Po wojnie była tam ulica Klasztorna, bo tam jest dużo klasztorów. Nawet tam, gdzie teraz jest pogotowie to kiedyś był klasztor sióstr Elżbietanek. Nie pamiętam, jak długo funkcjonowała ta nazwa. Mój ojciec od 1945/46 roku prowadził restaurację o nazwie Klasztorna. Ulica Piłsudskiego była ul. Ogrodową. "Za Niemca" nazywała się Gartenstrasse.

- A gdzie Pan mieszkał po wojnie?

- Nadal na Traugutta. Przedtem mieszkaliśmy u Pani F., na drugim piętrze pod nr. 84, a później ojciec przeprowadził się na drugą stronę pod 87 i tam otworzył restaurację o nazwie Klasztorna.

- To była jedna z pierwszych restauracji we Wrocławiu?

- Ta restauracja była drugą otwartą restauracją we Wrocławiu po wojnie. Głównie przychodzili tam Polacy. Ci, co tu byli i ci, którzy przyjechali.

- Na Przedmieściu Oławskim dosyć szybko zaczęli się osiedlać mieszkańcy?

- Tam nie było mocno zniszczone, więcej budynków stało, a ul. Powstańców i Legnicka była mocno zniszczona, bo tamtędy przechodził front. Najpierw na Powstańców, a potem na Legnickiej.

- A czy Pan w czasach wojny brał udział w pracach przymusowych?

- Ja tu byłem niedługo - tylko 10 miesięcy. Nas w czerwcu 1944 roku tutaj z mamą przywieźli.

- A skąd Państwa przywieziono?

- Z Ostrzeszowa, 80 kilometrów stąd. Najpierw nas przewieźli do Łodzi. Tam był obóz, gdzie zbierali ludzi z całej Polski, a dopiero potem wywieźli nas do Niemiec. Nie pamiętam, jak długo tam byłem. Kilka dni w tym obozie byliśmy. To była kiedyś fabryka i nic tam nie było. Tylko podłogi. Na podłogach spaliśmy, bo nic nie było.

- To do pracy przymusowej?

- Tak, do pracy.

- I tutaj we Wrocławiu też, w jakiejś fabryce?

- Nie. Tu ja dopiero zacząłem pracować w czasie oblężenia.

- Jakieś okopy, umocnienia?

- Nie, na Traugutta, u sąsiada w piwnicy siedzieli ci, co rządzili dzielnicą. Ja tam musiałem sprzątać, zamiatać.

- To było biuro?

- Oni w piwnicy mieszkali, a myśmy musieli tam sprzątać. Zawsze tam szkła naleciało, jak bomba uderzyła. Ja miałem dobrą robotę. Daleko nie miałem, bo pod nr. 80 byliśmy w piwnicy.

- Oni oficjalnie byli jakimiś przedstawicielami władzy? Czy tak samowolnie?

- To była oficjalna władza. Chodzili z pistoletami, po cywilu, ale z pistoletami.

- Czyli taki odpowiednik dzisiejszej rady osiedla?

- Można powiedzieć, że to taki dzisiejszy odpowiednik rady osiedla. Oni rządzili tą dzielnicą. Nie wiem, jaką dużą. Nie interesowałem się.

- Pan już po wojnie poszedł tutaj do szkoły?

- Tak, bo nie chodziłem całą wojnę. Miałem 7 lat i nie chodziłem do szkoły. Dwa tygodnie chodziliśmy, później nas zbierali i chodziliśmy rwać do lasu liście z malin i z jeżyn. Jakiś czas tam chodziliśmy, mieliśmy woreczki, do których je zbieraliśmy.

- A co robiło się z tymi liśćmi?

- Nie wiem, co oni z tym robili. Myśmy to oddawali przy szkole. A co oni z tym robili, to już nie wiem. Ja miałem wtedy 7 lat.

- Uczniowie ze szkołą i nauczycielem szli do lasu?

- Cała młodzież. Później całą wojnę do szkoły nie chodziłem. Dopiero po wojnie poszedłem najpierw do szkoły "4" na Kościuszki. Chodziłem tam rok.

- A gdzie to było dokładnie?

- Róg Dąbrowskiego i Kościuszki. Na rogu stoi ten budynek, taki stary, teraz ludzie mieszkają. Tam była szkoła nr 4. Później na Jedności Narodowej chodziłem do "18-tki". Tam się robiło dwie klasy w ciągu roku. Później, jak to skończyłem, chodziłem do Publicznej Średniej Szkoły Zawodowej. Tam chodziło się 3 lata. Tam 3 dni chodziło się na warsztaty, 3 dni - zajęcia lekcyjne.

- Jak technikum?

- Później była zasadnicza szkoła. Tylko dwuletnia. Później egzamin trzeba było zdawać. Mam jeszcze świadectwa.

- A później Pan gdzie pracował?

- Później zacząłem pracować w Hutmenie.

- Czyli koło Grabiszyńskiej?

- Tak. Mnie się tam nie podobało, bo było pełno dymu. W piecach palili suchą słomą. I napisałem podanie o zwolnienie. Po dwóch tygodniach poszedłem do kadr po zwolnienie, a oni mówią, że mnie nie zwalniają. Pytam się, kto mnie nie zwalnia? Dyrektor. No to idę do dyrektora. To dyrektor pistolet wyjął na biurko, żeby mnie postraszyć. To ja sobie myślę, że powiem, że nigdzie nie pracowałem, po szkole jestem i nie wziąłem nic z tego zwolnienia. Oni nie mieli fachowców, a my byliśmy po szkole jakimiś fachowcami. Myśmy tam podłączali taki duży silnik.

- Pan był elektrykiem?

-Tak.

- A Hutmen był zniszczony czy już odbudowany, jak Pan poszedł do pracy?

- Nie wiem. Był może trochę zniszczony.

K- Chyba w 1952 r. poszedłem pracować do WuZetMotu. Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne. Bo później jeszcze pracowałem w takiej spółdzielni ze sklepami i jak się zepsuło światło, to naprawiałem. Byłem taki dyżurny. Ale tam obniżali zarobek, więc ja sie nie zgodziłem. Później był czas, że trzeba było do wojska iść. Miałem takiego kolegę, co we dwójkę razem w szkole byliśmy i w tym Hutmenie. On dłużej w Hutmenie pracował, ale też się wtedy zwolnił i chodziliśmy szukać pracy, i znaleźliśmy w Wuzetmocie. Ale oni tam elektryków nie potrzebowali, tylko mechaników. Ale ja miałem już prawo jazdy. Jak szkołę kończyłem, to Liga Obrony Kraju robiła kurs. Tak samo zaraz po szkole robiliśmy kurs czeladniczy. Ten, co nas uczył praktyki - inż. Gołębiowski mówił, żeby zrobić je sobie, bo za granicą te świadectwa nie są ważne, tylko właśnie czeladnicze. Tośmy od razu sobie zrobiliśmy kurs czeladniczy. Jeden lub kilka miesięcy pracowałem na silnikowym i tam naprawiałem skrzynie biegów. A tam remontowaliśmy wtedy dodge.

- Te amerykańskie?

- Tak, amerykańskie. No przecież Rosjanie to na czym przyjechali? Tego nikt nie mówi, ale oni tylko na dodge'ach przyjechali. Tak się zawsze śmiali. Oni mieli tego Zisa - Zis piać z góry jechać, pod górę pchać.

- Te Zisy się psuły, tak?

- Tak. Szoferka to z drzewa była.

- Później Polacy przejęli te wozy od Armii Radzieckiej?

- Wojsko Polskie dostało. A myśmy remontowali.

- Gdzie były te zakłady?

- Kiedyś to była ul. Przodowników Pracy, a teraz Hallera. Tam gdzie stoi w tej chwili Carrefour.

- Tam obok jest teraz jednostka wojskowa?

- Tam, gdzie my mieliśmy zakład, to też była chyba kiedyś jednostka. Tam były garaże na czołgi. I jak stały tam garaże, to zakład pobudował tam hale. Tam jeszcze stoi taki mały budyneczek. To jest zabytek, ale był drugi, większy, w którym były stajnie i żłoby, ale zakładowi nie wolno było rozebrać. Carrefour rozebrał, a przecież to zabytek. Został tylko ten mały z boku, ja tam nawet magazynek miałem kiedyś.

- Pan tam mieszkał?

- Nie, ja pracowałem tam jako mechanik na silnikowym i robiłem te skrzynie biegów, a później potrzebowali elektryków. To my jesteśmy elektrycy. Ja z kolegą takim, Kopciuchem Stasiem. Zawsze szliśmy we dwójkę - i w szkole, i w bibliotece też w dwójkę. Wszędzie w dwójkę, nawet instruktor wiedział, że jak potrzebował, to nas dwóch zawsze brał, żebyśmy razem robili.

- A Pan pamięta okolice Grabiszyńskiej w latach 50.?

- Mogę coś powiedzieć. Dlatego pamiętam, bo jak chodziłem do szkoły, to tam na Kruczej było liceum mechaniczne i hala sportowa. W hali były tokarnie, które przywożony i my im je podłączaliśmy. Instruktor nas wysłał, żebyśmy poszli szukać rurki na gruzach. Byłem w kościele Karola Boromeusza i na środku było pełno gruzu, niebo było widać. Później przeszedłem na ulicę Bielecką i tam lewa strona cała była spalona. Tylko mury były. Więcej nic.

- Ale może o tym WuZetMocie... Po to poszliśmy do pracy, żeby nie iść do wojska i nas odraczali. Już miałem jeden rok odroczony, drugi też wpisany. Kierownik personalny mówił, że jakbyśmy dostali wezwanie, to nie mamy iść na WKR, tylko przyjść do niego. Ja byłem zakochany w dziewczynie. Ja byłem zakochany, nie ona. I sobie pomyślałem, że zrobię te dwa lata wojska i już będę miał z głowy, a tak to będą odraczać i odraczać. I zgłosiłem się.

- Na ochotnika?

- Nie, poszedłem do WKR-u, bo dostałem wezwanie. No i mówią mi, że będę szyszki woził, bo ja tam nie jako elektryk poszedłem, ale jako kierowca. Poszedłem do Warszawy do Ministerstwa Obrony Narodowej, gdzie samochody osobowe były, 10. Pułk Samochodowy.

- W Warszawie?

- W Warszawie, ale nie jeździłem samochodem. Byłem dyspozytorem. Najpierw byłem w plutonie wartowniczym, ale później potrzebowali dyspozytora i byłem nim do końca.

Miałem przygodę, jak szedłem do wojska. W międzyczasie zginęła mi wiertarka w nocy, ktoś ukradł i jak szedłem, to kazali mi za nią zapłacić. Ojciec powiedział, żebym nie brał pieniędzy. Nie wziąłem. Jak wyszedłem z wojska, to myślę "już nie idę do WuZetMotu", bo tam takie dziadostwo, ale mój kolega został głównym energetykiem. Mówił, żebym przyszedł, bo nie ma poprzedniego dyrektora, jest już inny, że po trzech miesiącach dostanę urlop. Rzeczywiście przyszedłem z powrotem i przepracowałem prawie 40 lat.

- W jednym zakładzie?

- Tak. Później dostałem mieszkanie, bo tam gdzie ta bomba uderzyła na Mieleckiej, to bloki zakład pobudował.

- Pracownicze mieszkania?

- Tak, ale już mieszkanie dostałem dwa lata wcześniej na Hallera - po tej stronie, co zakład. One były dwupiętrowe, a teraz są nadbudowane

- Dla pracowników?

- Tak, dla pracowników. Tam dostałem mieszkanie, ale zachorowałem na zapalenie płuc i zamiast przyjść i klucze wziąć, to ja się nie przejmowałem. Później po trzech miesiącach przyszedłem, a oni już kogoś wyrzucali z mieszkania i potrzebowali... Trzy miesiące stało puste i czekało na mnie, i kogoś wprowadzili. Ale powiedzieli, że zaraz dostanę, bo na Mieleckiej wybudowali. Tam mieszkał pułkownik i został przeniesiony do Piły - po nim miałem dostać mieszkanie. Ale jak się okazało, on gratów nie zabrał, a ja czekałem prawie dwa lata. On wrócił, ale później inny do Warszawy się przeniósł i pojawiło się po nim mieszkanie. I to zaraz. Jeszcze jeden się starał o mieszkanie i Rada Zakładowa się zebrała, ale dali to mieszkanie mnie. To już później nie czekałem, tylko się od razu wprowadzałem. Ani nie malowałem, ani nic. Dopiero później malowałem.

- Żeby nie odebrali?

- Tak, żeby nie odebrali znowu. Od razu ojciec przywiózł graty, bo ja mieszkałem na Traugutta, już byłem wtedy żonaty. I tam mieszkaliśmy u cioci. Mieliśmy pokój taki duży. Na trzecim piętrze.

- Tam są duże mieszkania poniemieckie?

- Tam są duże mieszkania. Myśmy mieli mieszkanie z 4 pokojami. Duże pokoje, ale nas było sześcioro. Była osobno łazienka i ubikacja, i taka komórka, przedpokój duży. Wysokie to było na 3 metry. Jak już miałem mieszkanie, to byłem związany z zakładem.

- Dużo ludzi mieszkało z tego zakładu?

- Cała ta kamienica jest zakładu. Tam były dwie klatki i wszyscy pracownicy zakładu, nawet dyrektor techniczny tam mieszkał.

- A za Carrefourem, za przejazdem kolejowym są czerwone budynki, po prawej stronie, w kierunku FAT-u...

- Tam było boisko Pafawagu i Liga Obrony Kraju, kierowców szkolili. Nawet mój brat się szkolił.

- Po lewej czy prawej stronie?

- Po prawej, później się te czerwone budynki zaczynają. I przed tymi budynkami, z tyłu, były warsztaty i tam się ludzie uczyli na kierowców.

- Każdy mógł tam przyjść, nie trzeba było być w wojsku?

- Tak. Dla cywilów, ale prowadziło to wojsko.

- Na boisku odbywały się mecze?

- Tak, mecze ligi się odbywały. Długo to boisko działało.

- Grała tam drużyna Pafawagu?

- Tak.

- Ja się trochę interesowałem z moim bratem, bo on grał w piłkę w Kolejarzu. Na Niskich Łąkach było boisko Kolejarza. Brat był starszy ode mnie o 5 lat pracował w Okręgowej Stacji Kontroli Samochodów. Chodziłem na te mecze. Nawet kiedyś pojechałem do Kłodzka, bo tam grali.

- A bywał Pan może na Legnickiej?

- Rzadko. Tam się nie chodziło, bo były tylko gruzy. Później zrobili tramwaj do Leśnicy.

- Pamięta Pan jak się ludzie wprowadzali na Przedmieście Oławskie, tzw. Trójkąt? Zaraz po wojnie, w 1945 już było sporo Polaków?

- Tak.

- A Niemcy jeszcze równolegle mieszkali?

- Tak, ale niedużo, bo tu Niemców wiele nie było. Oni musieli się ewakuować. Wyganiali ich normalnie - starszych, dzieci. Ja w 1939 r. też uciekałem - aż pod Łódź uciekaliśmy na wozach, a nas bombardowali z samolotów. Byłem dwa razy bombardowany - później jeszcze we Wrocławiu. Moja siostra pracowała w szwalni na Traugutta i tam bomba uderzyła. Straciła rękę, ale przeżyła. Ojciec ją później woził na wózku.

- A Pana ojciec, gdzie był w czasie wojny?

- Mój ojciec pracował w niemieckich restauracjach. Właściciel miał 10 restauracji. Nazywał się Meisner.

- A gdzie to było?

- On miał kilka tych restauracji - na Traugutta, Jedności Narodowej, Powstańców Śląskich. Tam znowu mama moja pracowała w kuchni. Ojciec umiał dobrze po niemiecku, nawet Niemka mówiła, że lepiej mówi niż Niemiec.

- A restauracja Klasztorna długo działała?

- Niedługo, bo dali domiary i ojciec musiał zlikwidować. Bo to już był kapitalista i trzeba było zniszczyć.

- Dodatkowe podatki?

Tak, dodatkowe podatki. Ojciec tu był wcześniej. Ojca mojego, jak tylko Niemcy weszli, to zaraz wywieźli na roboty do Niemiec. I tam pod francuską granicę do bauera jeździł wołami. Ale zachorował, nie wiem na co, zwolnili go i przyjechał do Ostrzeszowa. Musiał się zgłosić do urzędu pracy. A tam Polak pracował i powiedział, żeby uciekał do Niemiec, bo go i tak wywiozą. Mój ojciec pojechał wtedy do Wrocławia.

- Sam?

- Znalazł sobie pracę w restauracji i później ściągnął najstarszą siostrę, później brata, a mojej drugiej siostry nie ściągnął i musiała krowy paść w Kobylej Górze. Tam była tylko łąka i lasy - aż strach, bo dzikie zwierzaki latały. Druga siostra pracowała w Rynku, gdzie była szwalnia.

- A później, jak skończyło się oblężenie i weszła Armia Czerwona, były duże problemy z Rosjanami?

- Myśmy nawet parę dni spali u Rosjan. Bo tam na Traugutta pod nr. 80 była szwalnia, potem zakład, co produkujący skóry, to był i oficer. Miał swoich żołnierzy i pilnował, żeby Rosjanie tego nie - rozkradli. Mój ojciec u niego załatwił , że spaliśmy w piwnicy parę dni. Był strach, że zgwałcą.

- Oni chodzili po piwnicach i wywlekali ludzi?

- Jak wieczór przyszedł, to człowiek nic nie słyszał, tylko "Hilfe!". Okropnie było. Nie do opisania.

- Jeździło się na Ołbin? W związku z konstytuowaniem się nowej władzy.

- Tam ojciec jeździł. Ja tam później na Jedności do szkoły jeździłem "zerówką".

- Czyli jeździła mniej więcej tak jak teraz?

- Tak, mniej więcej. Na Wróblewskiego wsiadałem i jeździłem.

Z Rosjanami to było niesamowite...Wybierałem się kiedyś z Jurkiem do Ostrzeszowa i ściągnęliśmy opony, żeby nam Rosjanie roweru nie zabrali. Tak to by przyszedł i zabrał. On na Karłowicach mieszkał i musieliśmy rower przez gruzy przeprowadzić, nie dało jechać. U niego na Karłowicach gruzu nie było. Wziął mnie na ramę i zaczęliśmy jechać. I kółko pękło na pół, bo się zagrzało i myśmy się przewrócili, i skończyła się jazda do Ostrzeszowa. Na drugi dzień wróciłem do domu.

- Na rowerze do Ostrzeszowa?

- Nie, myśmy chcieli do Oleśnicy dojechać, bo stamtąd już pociągi jeździły. Z Wrocławia dopiero później jeździły pociągi do Psiego Pola, bo tam był most zerwany na rzece. Myśmy przechodzili przez most i do następnego jechali do dworca Nadodrze. Most naprawili i później pociągi jeździły.

- W tych zakładach motoryzacyjnych, w których Pan pracował, remontowano sprzęt wojskowy?

- Tak, my remontowaliśmy Nysy.

- Nie było produkcji?

- Produkcja była taka uboczna. Na wozach warsztaty były. Zakładali tam tokarnie, nazywało się to „produkcja specjalna”. Auto miało budę, w środku był warsztat, np. dwie tokarki i można było tam toczyć, naprawiać w samochodzie.

A te budynki wybudowane naprzeciwko Carrefoura, taki wysoki blok - powstał w latach 70.?

- W których latach to nie wiem. Tam były wszędzie działki, ogrody. W 1962 r. wprowadziłem się jak na wieś. Ja tam się z Traugutta przeprowadziłem. Cisza, spokój, wszędzie działki. Elegancko było, a później zaczęto to likwidować i budować budynki.

Dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu Patriotyzm Jutra.

2018  Spacerem Po Wrocławiu