logotype
image1 image2 image3 image4 image5 image6 image7 image8 image9 image10 image11 image12 image13

"Wrocław we wspomnieniach" - 1. wywiad

WD: Akurat ja jestem wychowana i mieszkałam od 1946 r. na Różance. To była ciekawa dzielnica - część był zniszczona, a w części mogli mieszkać ludzie, zwłaszcza na ul. Kasprowicza. Inne dzielnice znam z wieku późniejszego, kiedy już pozwolono mi się samodzielnie poruszać po mieście, bo to nie było zbyt bezpieczne dla dzieci. Ale zdarzały się sytuacje, że dzieci uczestniczyły w życiu. Nie odprowadzało się dzieci do szkoły i nie odbierało ich. To nie były takie czasy. Mimo że było niebezpiecznie, to młodzi ludzie musieli się wykazać dużą samodzielnością.

- Czy Pani urodziła się we Wrocławiu?

WD: Nie. Ja się urodziłam w Białowieży. Mój ojciec - pochodzący z okolic Łodzi - i moja mama wywędrowali tuż przed wybuchem wojny, w lipcu. Ojciec miał pracę w Białowieży w Parku Narodowym i tam się urodziłam. Później przez okres wojny moi rodzice 6 razy zmieniali miejsce zamieszkania - albo uciekali z transportu, albo uciekali przed transportem. Raz ich wywozili do Rosji i uciekali z tego transportu, a drugi raz ich wywozili do Niemiec i znowu uciekali. To się wiązało z ciągłym przemieszczaniem się i dla mnie nie była to nowość.

Urodziłam się w 1940 r., także początków wojny nie pamiętam, ale końcówkę i przyjazd do części wyzwolonej, konkretnie do Łodzi - już tak. Rodzice chcieli tam wrócić ze względu na rodzinę. Babcia była w obozie. Ojciec - w momencie kiedy przedostali się do wyzwolonej części kraju - zgłosił się do wojska. Był w nim kilka miesięcy i jako repatriantowi wojskowemu zaproponowano mu wyjazd na Ziemie Zachodnie. Tu jako osadnik wojskowy otrzymał gospodarstwo ogrodnicze. Była to ruina, w szklarni nie było szyb - taka "marnota". Wszyscy, którzy wcześniej przyszli, zajmowali te mniej zniszczone obiekty, bardziej nadające się do użytkowania. A moi rodzice dostali kawał ziemi z "pseudoszklarniami". Sami to oszklili i tam pracowali. Było to na ul. Żmigrodzkiej. I tamten rejon znam dosyć dobrze, bo było tam dość bezpiecznie. Chodziłam do szkoły na Kamieńskiego. Później właściwie można było już poruszać się po całym mieście.

- Pamięta Pani miejsca, w których teraz stoją wysokie bloki?

WD: Od Mostu Trzebnickiego, który po moim przyjeździe do Wrocławia był zielono-patynowy, po ul. Obornicką aż do ul. Kwiatowej, czyli obecnej Bałtyckiej, były same ogródki działkowe. Bez mała każdy miał jakąś altankę, był zagospodarowany i przede wszystkim nie były splądrowane. Ci, którzy zajęli się później tymi ogródkami, mieli często większy komfort na ogródku niż w domu.

- To były jeszcze "poniemieckie" ogródki?

WD: Tak, teren ten wyznaczyli na ogródki jeszcze Niemcy. Tam rosło mnóstwo ciekawych roślin, drzew. Ojciec był ogrodnikiem upraw specjalnych i projektantem ogrodów przydomowych, więc znał wiele z tych roślin. Nasz ogród z kolei przylegał bezpośrednio do tych ogródków i liczył prawie 1 ha ziemi.

Kościół przy ul. Kasprowicza należał do klasztoru. Częściowo mieszkali tam zakonnicy niemieccy, ale nie wiem ilu. Częściowo zaś byli to Ślązacy mówiący po polsku. Po zajęciu tego terenu od razu Polacy się tam gromadzili i ci, którzy potrafili mówić po polsku, od razu im pomagali. Teoretycznie ludzie, którzy tu przyjechali, mieli jakiś dobytek, jednak nie na długo to wystarczało.

Wielu ludzi na Różance pochodziło ze Lwowa, moje koleżanki mówiły z tamtejszym akcentem. Sporo osób pochodziło też z terenów poznańskich - oni gromadzili się bliżej ul. Kamieńskiego, wtedy Polanowickiej. Bloki między szpitalem a Żmigrodzką, poniemieckie, kolejowe, zostały zasiedlone przez pracowników ZNTK, w większości Poznaniaków.

Ja mieszkałam 500 m od mostu Trzebnickiego, a 500 m w przeciwną stronę stał młyn. Nie został on zniszczony w czasie wojny, uderzyła w niego co prawda niewielka bomba, ale mógł funkcjonować. Po wojnie pracowało w nim wielu ludzi. To był wtedy największy młyn w Europie. Działał do lat 90. Zaopatrywał Mamuta i specjalnie dla tego młyna sprowadzono z Anglii mąkowóz -do przewozu mąki luzem z młyna do piekarni.

Mąż: Był taki wysoki, że się nie mieścił pod wiaduktem na ul. Trzebnickiej, więc obniżono jezdnię na ul. Reymonta i tamtędy wjeżdżał do miasta.

- W okolicy biegła też wąskotorówka?

WD: Tak, przy pl. Staszica, pl. Strzeleckim stała bardzo ładna stacja, zresztą stoi do tej pory. Stamtąd trasa kolejki prowadziła ul. Reymonta przez most Osobowicki i dalej skręcała w dół, tam była bocznica i druga stacja - na Polance. Dalej pociąg jechał wzdłuż ul. Żmigrodzkiej, przy ogródkach. I ta kolejka jeździła aż za Trzebnicę, przez Milicz do Wielkopolski. W późniejszym czasie stacja początkowa została przeniesiona na Polankę. Jeździło nią dużo ludzi, przede wszystkim mieszkańcy domów mieszczących się po prawo od ul. Żmigrodzkiej.

- Bilet kupowało się na stacji?

WD: Nie, u konduktora. Kolejka funkcjonowała bardzo długo, do 60., może 70. lat.

- Ale ogólnie przestała być opłacalna z powodu rozwoju komunikacji autobusowej?

WD: Może było to mało atrakcyjne... Nie wiem.

- Wspominała Pani w czasie naszej rozmowy telefonicznej o tym, że chodziła Pani do szkoły na Ołbinie...

WD: Na Ołbinie na pewno ważna była zajezdnia, która funkcjonowała jako takie centrum komunikacyjne - tam się załatwiało bilety miesięczne itp. Wcześniej już znajdowała się tam straż pożarna i szpital, dworzec Nadodrze - ważny, bo przyjeżdżały tam wszystkie pociągi z Warszawy. Przestał się liczyć dopiero, gdy uruchomiono Dworzec Główny. Początkowo też nie było połączenia między Dworcem Nadodrze a Głównym i trzeba było przedostawać się między nimi przez miasto. Z Nadodrza pociągi jeździły na Kluczbork, Oleśnicę... Jak później pociąg już przejeżdżał między nimi, to przez most kolejowy jechał bardzo wolno. Być może wtedy był akurat remontowany, trwało to wiele lat.

Mąż: Mówiłaś Państwu o tym cmentarzu na Kamieńskiego? Na samym zakręcie na Kamieńskiego był olbrzymi cmentarz niemiecki, z grobowcami. Ja jako chłopak dziesięcioletni łaziłem z kolegami po tych grobowcach. One były rozszabrowywane, pootwierane, w środku znajdowała się woda.

WD: Najprawdopodobniej było to zdewastowane przez Rosjan. A kawałek dalej, za Jutrosińską, znajdowała się radziecka fabryka, montownia samochodów. Było to w jednostce rosyjskiej, ale - inaczej niż zwykle - nie było tam też jednostki polskiej. Mówiliśmy na to "ruska fabryka". Najprawdopodobniej także montowano tam samoloty. Poza tym zakłady WSK na Psim Polu też zajmowali Rosjanie i tam produkowano części do samolotów i amunicję. Zatrudniano tam Polaków.

Mąż: Działał tam oddział "S" - specjalny, wchodziło się tam z przepustką, a wszystkiego pilnował wartownik.

WD: W 1963 r. w jednostce na Kamieńskiego wybuchł pożar, to było koło godz. 19. Nie zawiadomiono straży pożarnej, tylko Rosjanie sami starali się gasić, ściągając swoje wojsko z Legnicy. Ale to jest daleko. Do godz. 22 spaliły się dwie hale, a my poszliśmy to oglądać. Wybuchały beczki po paliwie. Wojsko nie wpuszczało ludzi na ul. Kamieńskiego, jak zaczęły się wybuchy. Kazali uciekać, bo nie wiadomo było, co się stanie. To było może we wrześniu, październiku... Później wezwano wojsko z Czajkowskiego i oni pomagali jeszcze gasić. Kazali nam uciekać mówiąc, że nie wiadomo, czy Rosjanie nie mieli tam jeszcze amunicji.

- A straży nie wpuścili?

WD: Nie, nie chcieli ich tam wpuszczać. Ale w całym mieście zakręcono wodę, żeby nie zmniejszyć ciśnienia i żeby nie było problemu z gaszeniem.

- Ktoś zginął?

WD: Nie wiadomo, nie wydostawały się takie informacje. Ale prawdopodobnie Polacy nie zginęli.

A jeżeli chodzi o ten Ołbin, to ważne było I Liceum Ogólnokształcące. Nauka zaczęła się w 1945 r., budynek nie był zniszczony, tylko za nim znajdowały się gruzy, ale nie pamiętam, skąd. Na tym terenie znajdowały się raczej tylko pojedyncze zniszczone domu. Ale samo liceum było wykorzystywane jako szpital, na dachu znajdowały się znaki.

- Czyli Pani jeździła "jedynką"?

WD: Tak. "Dwójka" jeździła do Dworca Głównego, a "piętnastka" - na Tarnogaj.

- A ul. Jedności to było centrum administracyjne...

WD: Tak, tam istniał pierwszy urząd miasta. Ta ulica nazywała się po wojnie "Stalina"... W 1956 r. zerwano wszystkie tablice z nazwami ulic w czasie takiego marszu i przy okazji ustalono nową nazwę.

- A przebieg ulicy był taki jak teraz?

WD: Od Mostu Warszawskiego do Mostu Uniwersyteckiego. Tędy jeździł tramwaj, nie przez ul. Poniatowskiego. Skręcał w Łokietka, bo Mosty Piaskowe były nieczynne dla komunikacji. Na ul. Kilińskiego tramwaj zgrzytał, ale jeździł.

Mąż: Wszystkie tramwaje były niebieskie, nie tak jak teraz - pstrokacizna.

WD: Szpital przy ul. Poniatowskiego też pozostał nieuszkodzony i czynny. Kilka domów było zniszczonych i na podwórkach leżały gruzy.

Mąż: Najbardziej oświetlona ulica to była Kasprowicza. Nad jezdnią wisiały latarnie co 100 metrów. Karłowice i Partynice to były dwie dzielnice, gdzie skupiała się Armia Czerwona...

WD: A na Stabłowicach? Też przecież. Pod ziemią prawdopodobnie jest cały rozjazd, cała bocznica. Prawdopodobnie.

- A na Kasprowicza jeszcze wcześniej znajdował się szpital i urszulanki?

Mąż: Tak, to był szpital urszulanek, ale dostępny dla wszystkich. W budynku obok szpitala, takim małym, w głębi, mieściła się szkoła podstawowa nr 3. W latach 1947 - 1952 mniej więcej. A na Przybyszewskiego była szkoła nr 50. W miejscu uniwersytetu stacjonowali Rosjanie.

- Państwo wspominali o tym, że mieszkało we Wrocławiu dużo Poznaniaków i Lwowiaków.

WD: Tak, głównie w blokach. Dzieciarnia wołała "ty pyro poznańska" albo "ty zabużaku". Na Polance stały trzy bloki prostopadłe do ulicy - też ZNTK, też mieszkali tam kolejarze.

- Pojawiały się jakieś konflikty na tle pochodzenia?

WD: Nie, to między chłopakami, między dziećmi. Kolejarze z poznańskiego dostali nakaz pracy na Dolny Śląsk, bo brakowało obsady na kolei. Ostrów Wielkopolski, Kalisz...

Mąż: Mój ojciec przyjechał tu w 1945 r. z lubelskiego. Pracował w ZNTK we Wrocławiu i mieszkaliśmy w tych blokach na Kamieńskiego.

- Czyli całe osiedle było kolejarskie?

Mąż: Tak, Mochanckiego, Romanowskiego... to byli kolejarze. Zresztą bloki znajdowały się pod zarządem i administracją ZNTK, im się płaciło komorne.

- A w miejscu Marino były pola?

WD: Tak. Przed Marino też były pola. Po prawej stronie stały WZM - Wrocławskie Zakłady Metalurgiczne. Jak ja byłam w szkole podstawowej , to stawiano przy Żmigrodzkiej baraki - jakaś świetlica, w której organizowano zebrania. Między Żmigrodzką i Obornicką istniała suszarnia cykorii - filia cukrowni Sułkowice. Nie wiem, skąd brali materiał. Rosjanie zniszczyli to mówiąc, że to niemieckie, zdobyczne, i nie udało się skompletować urządzeń do produkcji cukru. Stąd pomysł na stworzenie tam suszarni. Obok Lidla na Obornickiej stoją czerwone budynki, które też należały do cukrowni.

- Czy cmentarz na Osobowicach zaczął funkcjonować od razu po wojnie?

WD: Tak. W 1946 r., w październiku czy listopadzie - byłam tam na pogrzebie. Zmarła taka młoda kobieta, jej ojciec miał kwiaciarnię przy obecnej ul. Łokietka. Na rogu była cukiernia i obok - kwiaciarnia. Pogrzeb był blisko ul. Osobowickiej, bo nie dochodziliśmy do kaplicy. Ale nie umiem powiedzieć, gdzie dokładnie. Miałam 6 lat. Dla mnie było wstrząsem, że ktoś umarł.

Mąż: Duża kaplica była na cmentarzu na Kamieńskiego.

WD: Na Kamieńskiego to był cmentarz ewangelicki.

- Kiedy go zlikwidowano?

Mąż: W latach 90. Jako małżeństwo chodziliśmy na spacer na cmentarz, a pobieraliśmy się w 1962 roku.

- Czyli nie był wykorzystywany?

Mąż: Najpierw funkcjonował jako park, zrobiono porządek, usunięto zdewastowane groby, zostały tylko niektóre.

WD: Ale ja pamiętam, że obok cmentarza był budyneczek, w którym mieszkał opiekun cmentarza. Był też grabarzem.

Mąż: Chyba został ten budynek...

WD: Być może. W każdym razie on zamykał wrota od cmentarza, ale jak ktoś chciał wejść, to mógł. Być może to powstrzymywało przed większą dewastacją. Ja pamiętam kilka takich momentów, że nauczycielka w szkole zabierała nas na wycieczkę na ten cmentarz, żeby pokazać jak kwitną leszczyny, jak wyglądają drzewa od północy i od południa... To było takie miejsce dosyć bezpieczne, można było przejść cmentarz dookoła i nie trzeba się było bać.

/mąż: Z lewej strony tuż przy cmentarzu była uliczka, gdzie stały dwurodzinne domy... ul. Jutrosińska. Nadal istnieje. W każdym domu mieszkali tam rolnicy i hodowali krowy. Chodziłem tam codziennie wieczorem po mleko. Wypasali je na poligonie wojskowym, na cmentarzu...

WD: Od cmentarza do Czajkowskiego nie można było przejść, bo był tam poligon wojskowy. Wzdłuż ul. Chrzanowskiego.

Mąż: Cały Szczepin to były tylko gruzy. To było dla nas nieczynne, tamtędy się nie chodziło, nie było po co, było niebezpiecznie, bo znajdowały się tam niewybuchy. Stały tylko pojedyncze kamienice, których bomba nie zniszczyła. Została tylko ta przy pl. Solidarności, przy kładce, i przy Cuprum.

- I chyba jeszcze dwie przy Młodych Techników...

WD: Tak, ale nie nadawały się do zamieszkania. Tam mogły się oberwać schody.

Mąż: A na ul. Słowiańskiej przy zajezdni stał budynek z wiszącą bombą lotniczą. To był symbol...

WD: To nie tu! Na Podwalu. To była makieta, którą chcieli zostawić jako pomnik wojny, ostrzeżenie... Były 4 kondygnacje, nie było okien ani drzwi, same stropy. Po wojnie był sławny taki plakat, nie pamiętam nazwiska malarza, ale dostał za niego nagrodę... I tam ten plakat wisiał. Ale później miasto zdecydowało o rozebraniu tej instalacji, bo to szpeci i nikomu nie służy.

- A górka na Słowiańskiej powstała z gruzów?

WD: Nie, to było wysypisko śmieci. Ja chodziłam już do ogólniaka, jak tam stale wywożono śmieci aż zdecydowano, że zostanie nawieziona ziemia i powstanie górka. Nie pamiętam, żeby to było ogrodzone. Cały róg Nowowiejskiej był zabudowany takimi niskimi kamieniczkami.

Mąż: Od Nowowiejskiej do Słowiańskiej stały takie jednokondygnacyjne budynki handlowe. Futra... Przy Jedności Narodowej, po tej stronie co "ogólniak".

WD: Tak, tam stały sklepiki. Nad tymi sklepikami były gruzy, nikt tam nie mieszkał. Naprzeciwko Słowiańskiej są takie podcienia, ale one zostały dobudowane już po odgruzowaniu. Tam też stał przystanek tramwajowy, "ósemka" jechała na Most Warszawski.

Mąż: Do Szkoły Podstawowej chodziliśmy do 20, na Kamieńskiego. Ona też była szpitalem w czasie wojny. Bomba uderzyła już w późnym okresie wojny w salę gimnastyczną i ona faktycznie była zburzona. Dzieciarnia biegała po gruzach. To było ulubione miejsce chłopaków, a nauczyciele się bali, bo nie wiadomo, co było pod gruzami.

- Gdzie Państwo pracowali?

Mąż: Ja skończyłem Politechnikę i wyjechałem na stypendium ufundowane przez ZNTK do Lubania. Zabrałem ze sobą żonę i dziecko, tam byliśmy 5 lat. W międzyczasie zaczęliśmy się budować we Wrocławiu i w 1970 r. wróciliśmy do Wrocławia. Później pracowałem w ZNTK Oleśnica, później w firmie rzeczoznawczej, rok w cukrowni. W latach 90. założyłem własną działalność.

- A tutaj [Kowale] jak Państwo zaczynali się budować...

WD: To było pole. My się budowaliśmy jako drudzy lokatorzy. A szkoła już tu stała - też był w niej szpital, później szkoła żeglugi. To była jedna z najkosztowniejszych szkół żeglugi, tu byli prawdziwi fachowcy.

Mąż: Często organizowano zawody międzyszkolne, zjawiali się przedstawiciele resortu. Wszyscy uczniowie grali w piłkę nożną czy siatkówkę.

Dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu Patriotyzm Jutra.

2018  Spacerem Po Wrocławiu